Z rozkruszonych hen po polach
kamieni są serca,
co piaszczyste tworzą ścieżki
nędznym poniewierkom.
I sam Pan Bóg stoi siwy
wśród rozwidleń drogi
i zmartwiony głową kiwa,
On, kiedyś tak srogi.
A ja zbieram wciąż od nowa
ziarnko do ziarenka
klejąc to, co w piersi pękło
pośród dróżek w mękach.
Stoi świątek na rozstajach,
frasobliwie duma,
łzy strugami z oczu płyną,
choć sam dawno umarł.
Janie, świątku, co mi powiesz?
Szukam tęsknym wzrokiem,
czy z przestworzy mnie wypatrzą
anioły z prorokiem.
Słońce jednak tylko razi,
wszystko tu się stało,
człek się zrodził, Bogiem umarł,
było jak być miało.
Pośród drożyn zawikłania,
pośród brzóz szumienia
jak odnaleźć pokruszone
kawałki istnienia?
Janie, świątku, frasobliwy,
co mi powiesz na to,
Panie Boże, co uczynisz,
uczyń mi na radość.
04.08.2007/28.10.2012
[caption id="attachment_268" align="aligncenter" width="456"]
Powrót po pięciu latach do tego tekstu zapewne nie był łatwy ;-) Jest w nim to pierwotne "coś", aczkolwiek zupełnie nie moje (czytaj: religijne) klimaty... ;P
OdpowiedzUsuńWspółcześnie rzadko spotykam teksty, nawiązujące do religijności i kosmologii ludowej ludowej z podobnym wyczuciem. :)
OdpowiedzUsuń