Urodzony w
styczniu, Wasilij sam przyniósł sobie imię. Dla siebie je przyniósł. Przyszedł
na ten świat niczym sam Pan Jezus, bo nie było dla jego matki miejsca w żadnej
gospodzie, a ojciec jego w innym już przebywał świecie, skąd mógł tylko
pozdrawiać syna, kwilącego w szmatkach. Wasilij przyniósł sobie imię na ten
świat i nic więcej - może oprócz śniegu, który spadał tego dnia siarczyście jak
siarczyście spadały pocałunki matki wprost na jego czoło.
Przyszedł na ten
świat niczym sam Pan Jezus, bo i darów dostał, jak jakiś dostojnik, a nie
dziecko praczki. Na cóż mu było płakać, gdy niebo nad nim przejrzyste,
granatowe, nocne, pokazywało mu diamenty jakieś, migoczące jasno. I wyciągnął
Wasilij rączkę, ale okazało się, że gwiazdy są za wysoko, za daleko, hen może
nawet za najdalszym płotem, najdalszym obejściem. Patrzył więc tylko i otwierał
oczy, że aż dziw brał, że takie mało to to, a tak już patrzy jakby rozumiało wszyściutko.
Przyszedł na ten
świat niczym sam Pan Jezus i tej samej nocy jeszcze stanęli przed nim trzej
wielcy królowie, mędrcy z łupków drewna. A jeden chwiał się na nogach, a na
imię mu było Kacper, a drugi przysiadł ociężale i patrzał, a na imię mu było
Melchior, a na koniec jeszcze wyłonił się zza nich wysoki jak topola jegomość
Baltazar. I każda kopa drewna we wsi zazdrościła im tego wieczoru, nocy
przenajświętszej, choć nie przywiodła ich na miejsce żadna gwiazda, żaden król
żydowski w złotogłowiach nie czekał. Poklękały kopy na drewnianych nogach,
zachwiały się w sobie. Głowy pochyliły okryte czapami z bieluśkiego futra. Na
niebie miesiąc rozbłysnął srebrzyście, otulony w kołnierz wyszywany w gwiazdy.
Hej, hej! Co za noc to była! Co to był za wieczór! Do dziś jeszcze w rocznicę
tej nocy opowiadają o niej zwierzęta w oborach. Mówią wół i osioł, mówią gęsi,
kaczki, czubate perliczki, cicho piszczą myszy.
![]() |
| "nie masz ci nie masz nad tę gwiazdeczkę..." |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz