poniedziałek, 22 lipca 2013

Z cyklu: Lekturki – “Łowienie spod lodu”

Robert Rutkowski  „Łowienie spod lodu”



  „Łowienie spod lodu” Roberta Rutkowskiego, które ukazało się w Bibliotece Frazy (Rzeszów), to książka już kilkuletnia (2008), jednak gdy dotarła do mnie niespełna rok temu od razu stała się jedną z moich ulubionych książek poetyckich. Za chwilę o tym dlaczego tak się stało (choć tu obawiam się, że nie wszystkie wrażenia z lektury uda mi się odzwierciedlić w zerojedynkowym systemie). Słowem wstępu muszę nadmienić jeszcze, że  „Łowienie spod lodu” liczy sobie trzydzieści pięć stron i zawiera dwadzieścia wierszy (niezbyt dużo, ale przecież chodzi o jakość, a nie ilość). Niemniej, dla czytelnika jest to ilość wystarczająca, aby wyrobić sobie opinię o twórczości Roberta Rutkowskiego, a dla autora na tyle pojemna, aby o czymś opowiedzieć. Autorem fotografii dosyć niepokojącej okładki jest Łukasz Ogonowski, natomiast jej projekt to dzieło Joanny Niekraszewicz. Oprócz samej fotografii, która pasuje do tytułu zbioru, warto zwrócić uwagę na czcionkę, którą zapisano nazwisko autora i tytuł (co więcej – posłużono się nią do zapisu tytułów wierszy). Tę samą czcionkę znaleźć można było niegdyś w nagłówku blogu autora. Taki drobny detal, ale czasem to właśnie drobne detale sprawiają frajdę. 

Za wydaniem książki stoi Stowarzyszenie Literacko-Artystyczne „Fraza”, ukazała się ona również dzięki pomocy finansowej Polskiego Uniwersytetu Wirtualnego. I tutaj zastanawia ta liczba 350 egzemplarzy (co prawda to poezja, a nie beletrystyka z półki Bestsellerów Empiku więc należy podejść do nakładu realnie – z drugiej strony, nachodzi mnie jednak smutna refleksja przy tej okazji). Jednocześnie ciężko o porównania i rozeznanie, ponieważ nieliczne tomiki zawierają informacje o wysokości nakładu (jak wykazała przeprowadzona przeze mnie wiwisekcja na własnych zbiorach). „Łowienie spod lodu” to nie pierwsza książka Roberta Rutkowskiego, wcześniej był „Niezobowiązujący spacer po cmentarzu” (Łódź 2002).  Jednakże porównania nie będzie z prozaicznej przyczyny – jak informuje strona autora nakład się wyczerpał. Trochę mi szkoda, bo lubię mieć szerszy pogląd na rzecz poddawaną ocenie, ale wciąż przede mną jeszcze lektura tomiku „Wyjście w ciemno” (Łódź 2009).

Chyba „sztandarowym” wierszem zbioru jest „***(nie wierzę poezji)”, z którego to pointy: „poezja/ to łowienie spod lodu” ukuty został tytuł tomiku. I jest to wiersz, który zarówno pod względem formy, ale przede wszystkim – treści, trafia w moje czytelnicze gusta i staje się przedmiotem rozważań. Ideowo jest mi bliski („nie wierzę upozorowanym rimbaudom/ z ostrym makijażem / nieprzespanych nocy / nie wierzę tym / którzy chodząc po kruchej tafli lodu / mówią / że chodzą po wodzie”). Czym jest zatem poezja i gdzie jej szuka autor tomiku? Nie jest stąpaniem po kruchym lodzie i wmawianiem otoczeniu, że oto dzieją się cuda. Ale świat jest pełen niebieskich ptaków poezji, kuglarzy słowa. Dla każdego poety znajdzie się jednak miejsce, bo jak pisała już Emily Dickinson: 

„Mieszkam w pałacu Możliwości -
Piękniejszy to dom od Prozy -
O wiele więcej Okien -
Drzwi można szerzej otworzyć –„[1]

Poezja to też w pewnym sensie kwestia wyboru, ale i nieustanne zadawanie pytań, poddawanie w wątpliwość: „a myśleć znaczy / nie być / pewnym” (z wiersza „jest”). I tutaj również zgadzam się z autorem. Poza trafnością point podoba mi się pewien minimalizm w sposobie przekazywania treści przez autora. I tutaj widać jak daleki jest on od wspominanych wcześniej „upozorowanych Rimbaudów”, co świadczy o tym, że pozostaje  w zgodzie z własną wizją poezji. Innym plusem tego minimalizmu jest błyskotliwość point i poszczególnych fraz, np. „obok / rzecz nie stworzona / jeszcze” (z wiersza „obok”), gdzie bardzo proste słowa wprowadzają dwuznaczność, tytułowe „obok” może być przecież tą „rzeczą nie stworzoną”, a może chodzi o coś co jest tuż, tuż?
Co jeszcze przedstawia autor w swoim tomiku oprócz przemyśleń w kwestii poezji? Wbrew owemu minimalizmowi, braku rozszalałych fraz, sporo tu też liryki. „ciała nasze puste / koperty / polecone / samym sobie” („ nie ma nikogo”). Może to zbyt daleko idące porównanie i wątpię, aby autor się tym inspirował, ale ten fragment ma według mnie coś w sobie ze słów Juliusza Słowackiego:

                        Rozłączeni - lecz jedno o drugim pamięta.
Pomiędzy nami lata biały gołąb smutku
I nosi ciągłe wieści. (…)”[2]

To już oczywiście nie ta epoka, nie szwajcarskie jezioro Leman (ale może jakieś inne skoro „Łowienie spod lodu”?). W każdym razie takie przywoływanie liryki budzi we mnie nadzieję, że jeszcze się nie wyczerpała (w końcu jak pisze autor wydając się zapewniać: („źródło z którego płynie / poezja żywa / jest obok”). Należy tylko owo „obok” odnaleźć. 

W wierszu „Kaliban” pojawia się kolejne odniesienie literackie zaznaczone już na wstępie cytatem z romansu „Burza” Shakespeare’a. Udało się autorowi oddać pewną pierwotność, która musiała drzemać w tym synu wiedźmy nawet w momencie, gdy nauczył się już języka: „mówi mało i rzadko / jakby bał się że przestanie istnieć / oddając się przedmiotom / lub tej zdradliwej przestrzeni / między słowami / o której wie jedynie / że istnieje”. I jest w tym nie tylko próba ukazania przeżyć postaci, ale i zakorzeniony w tych rozważaniach uniwersalizm: „ale patrząc na drzewo / rozumie / że powrotu nie ma”. I ta część wiersza zatytułowana „drzewo”, rodzi wkrótce owoc, w którym widnieje niepewność, jest to owoc, który rodzi się w pewnym momencie w każdym, gdy człowiek zaczyna zadawać sobie pytania kim tak naprawdę jest, jest też to coś, co świadczy jednocześnie o jego człowieczeństwie. Pozostaje dylemat oraz „udoskonalanie / własnych rozczarowań”. A co niesie część trzecia – „angielskie wyjście”? Jakby tego wszystkiego było mało, okazuje się, że istniejemy sobie gdzieś wpisani w daną cywilizację, czasoprzestrzeń z jej kulturą i obyczajem, co jednak nie niesie pociechy, a pojawiające się rozwiązania są tylko pozorne. Czy to u Shakespeare’a, czy poza nim, jesteśmy tylko niewolnikami.

W „Nekrologu” znajduję natomiast słowa, które stanowić mogą pewną identyfikację, czy określenie się: „jestem dla siebie i z sobą w swojej inności.” Ten wiersz z kolei odsyła czytelnika do Roberta Lowella. Na następnej stronie – niespodzianka. „Sztuka przekładu” to sonet. Z początku nieco drażni mnie ta forma (pośród wierszy wolnych i raczej współczesnych), ale jestem w stanie wybaczyć wiele za metaforę: „tylko rozbierz się ze mnie jak z przemokniętego / płaszcza”; w zasadzie im dalej, tym lepiej, a wszystko zamyka równie udana pointa: „(…) ciało w pośpiechu / codziennie wystawiając na zbyt łatwą zdobycz / odmieniasz przez przypadki oraz przez osoby”. To w tym wierszu trafia we mnie najbardziej -  a więc nie opisowe dwie pierwsze strofy, które choć liryczne, to jednak wydają mi się „już znane, gdzieś czytane…”, pod koniec autor częstuje czymś, co cieszy. To niewielkie „odstępstwo” od normy formalnej wierszy, jakim jest „Sztuka przekładu”, szybko się jednak kończy, następne wiersze znów przybierają formę bardziej współczesną: „Strach”, „Ćmy”, „Telefon do przyjaciela”, „Pan cogito i życie po śmierci”. Z tych trzech chyba najbardziej polubiłam „Strach”, za jego swojskość, za coś co nie jest próbą przezwyciężenia, czy usidlenia strachu, a raczej codziennym z nim obcowaniem, pokazaniem, że podmiot liryczny i jego strach potrafią się dogadać, co więcej – strach potrafi być wierny jak pies, nie odstępując nogi swojego pana. Bo mimo wszystko, to człowiek jest tutaj panem: „beze mnie nie istnieje / myślę że właśnie dlatego / zawsze wraca”.

Tomik zamyka kolejna tradycyjna forma wiersza. Dwudziestosześciostrofowy „Duchowy podróżnik”, odsyłający czytelnika do Williama Blake’a, to takie wyzwanie dla czytelnika, jakby autor chciał sprawdzić na ile jesteśmy wytrwali, aby przejść przez tę pieśń niewinności i doświadczenia, czy może raczej mit lub legendę. Znajdziemy w nim bowiem bogactwo tropów i tylko granice wyobraźni będą stanowiły dla niej limit, a obręb naszego postrzegania niczym brzeg jeziora pozwoli łowić spod lodu poezję dla siebie.





[1] Dickinson Emily, „*** (Mieszkam w pałacu Możliwości), tł. Stanisław Barańczak
[2] Słowacki Juliusz, „Rozłączenie” (1835)




Polecam blog autora:  robertrutkowski.blogspot.com




1 komentarz:

  1. Z poezją Roberta Rutkowskiego miałam przyjemność zetknąć się po raz pierwszy na początku lat dwutysięcznych, słuchając w Radiu Łódź audycji, w której autor - wraz z innym łódzkim poetą, którego nazwiska nie pamiętam - czytał swoje wiersze. Moją uwagę przykuł wtedy niezwykły nastrój panujący w tej poezji (szczególnie w utworze o hiszpańskim tytule, oznaczającym "Oddaloną"). Wiele lat później odnalazłam blog Autora, natomiast, wstyd się przyznać, nie sięgnęłam dotąd nigdy do jego tomików. Twoja, świetna, z wyczuciem, erudycją i "personal touch" napisana, recenzja będzie dla mnie kolejnym powodem, by to wreszcie uczynić. Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń

Zobacz także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...