„Łowienie spod lodu” Roberta
Rutkowskiego, które ukazało się w Bibliotece Frazy (Rzeszów), to książka już
kilkuletnia (2008), jednak gdy dotarła do mnie niespełna rok temu od razu stała
się jedną z moich ulubionych książek poetyckich. Za chwilę o tym dlaczego tak
się stało (choć tu obawiam się, że nie wszystkie wrażenia z lektury uda mi się
odzwierciedlić w zerojedynkowym systemie). Słowem wstępu muszę nadmienić
jeszcze, że „Łowienie spod lodu” liczy
sobie trzydzieści pięć stron i zawiera dwadzieścia wierszy (niezbyt dużo, ale
przecież chodzi o jakość, a nie ilość). Niemniej, dla czytelnika jest to ilość
wystarczająca, aby wyrobić sobie opinię o twórczości Roberta Rutkowskiego, a
dla autora na tyle pojemna, aby o czymś opowiedzieć. Autorem fotografii dosyć
niepokojącej okładki jest Łukasz Ogonowski, natomiast jej projekt to dzieło
Joanny Niekraszewicz. Oprócz samej fotografii, która pasuje do tytułu zbioru,
warto zwrócić uwagę na czcionkę, którą zapisano nazwisko autora i tytuł (co
więcej – posłużono się nią do zapisu tytułów wierszy). Tę samą czcionkę znaleźć
można było niegdyś w nagłówku blogu autora. Taki drobny detal, ale czasem to
właśnie drobne detale sprawiają frajdę.
Za wydaniem książki stoi Stowarzyszenie Literacko-Artystyczne „Fraza”,
ukazała się ona również dzięki pomocy finansowej Polskiego Uniwersytetu
Wirtualnego. I tutaj zastanawia ta liczba 350 egzemplarzy (co prawda to poezja,
a nie beletrystyka z półki Bestsellerów Empiku więc należy podejść do nakładu
realnie – z drugiej strony, nachodzi mnie jednak smutna refleksja przy tej
okazji). Jednocześnie ciężko o porównania i rozeznanie, ponieważ nieliczne
tomiki zawierają informacje o wysokości nakładu (jak wykazała przeprowadzona
przeze mnie wiwisekcja na własnych zbiorach). „Łowienie spod lodu” to nie
pierwsza książka Roberta Rutkowskiego, wcześniej był „Niezobowiązujący spacer
po cmentarzu” (Łódź 2002). Jednakże
porównania nie będzie z prozaicznej przyczyny – jak informuje strona autora
nakład się wyczerpał. Trochę mi szkoda, bo lubię mieć szerszy pogląd na rzecz
poddawaną ocenie, ale wciąż przede mną jeszcze lektura tomiku „Wyjście w
ciemno” (Łódź 2009).
Chyba „sztandarowym” wierszem zbioru jest „***(nie wierzę poezji)”, z
którego to pointy: „poezja/ to łowienie spod lodu” ukuty został tytuł tomiku. I
jest to wiersz, który zarówno pod względem formy, ale przede wszystkim –
treści, trafia w moje czytelnicze gusta i staje się przedmiotem rozważań. Ideowo
jest mi bliski („nie wierzę upozorowanym
rimbaudom/ z ostrym makijażem / nieprzespanych nocy / nie wierzę tym / którzy
chodząc po kruchej tafli lodu / mówią / że chodzą po wodzie”). Czym jest
zatem poezja i gdzie jej szuka autor tomiku? Nie jest stąpaniem po kruchym
lodzie i wmawianiem otoczeniu, że oto dzieją się cuda. Ale świat jest pełen
niebieskich ptaków poezji, kuglarzy słowa. Dla każdego poety znajdzie się
jednak miejsce, bo jak pisała już Emily Dickinson:
„Mieszkam
w pałacu Możliwości -
Piękniejszy to dom od Prozy -
O wiele więcej Okien -
Drzwi można szerzej otworzyć –„[1]
Piękniejszy to dom od Prozy -
O wiele więcej Okien -
Drzwi można szerzej otworzyć –„[1]
Poezja to też w
pewnym sensie kwestia wyboru, ale i nieustanne zadawanie pytań, poddawanie w
wątpliwość: „a myśleć znaczy / nie być / pewnym” (z wiersza „jest”). I tutaj
również zgadzam się z autorem. Poza trafnością point podoba mi się pewien
minimalizm w sposobie przekazywania treści przez autora. I tutaj widać jak
daleki jest on od wspominanych wcześniej „upozorowanych Rimbaudów”, co świadczy
o tym, że pozostaje w zgodzie z własną wizją
poezji. Innym plusem tego minimalizmu jest błyskotliwość point i poszczególnych
fraz, np. „obok / rzecz nie stworzona / jeszcze” (z wiersza „obok”), gdzie
bardzo proste słowa wprowadzają dwuznaczność, tytułowe „obok” może być przecież
tą „rzeczą nie stworzoną”, a może chodzi o coś co jest tuż, tuż?
Co jeszcze przedstawia autor w swoim tomiku oprócz przemyśleń w kwestii
poezji? Wbrew owemu minimalizmowi, braku rozszalałych fraz, sporo tu też
liryki. „ciała nasze puste / koperty / polecone / samym sobie” („ nie ma
nikogo”). Może to zbyt daleko idące porównanie i wątpię, aby autor się tym
inspirował, ale ten fragment ma według mnie coś w sobie ze słów Juliusza
Słowackiego:
„Rozłączeni - lecz jedno o drugim pamięta.
Pomiędzy nami lata biały gołąb smutku
I nosi ciągłe wieści. (…)”[2]
To już oczywiście nie ta epoka, nie szwajcarskie jezioro Leman (ale
może jakieś inne skoro „Łowienie spod lodu”?). W każdym razie takie
przywoływanie liryki budzi we mnie nadzieję, że jeszcze się nie wyczerpała (w
końcu jak pisze autor wydając się zapewniać: („źródło z którego
płynie / poezja żywa / jest obok”). Należy tylko owo „obok” odnaleźć.
W wierszu „Kaliban” pojawia się kolejne
odniesienie literackie zaznaczone już na wstępie cytatem z romansu „Burza” Shakespeare’a.
Udało się autorowi oddać pewną pierwotność, która musiała drzemać w tym synu
wiedźmy nawet w momencie, gdy nauczył się już języka: „mówi mało i rzadko /
jakby bał się że przestanie istnieć / oddając się przedmiotom / lub tej
zdradliwej przestrzeni / między słowami / o której wie jedynie / że istnieje”. I
jest w tym nie tylko próba ukazania przeżyć postaci, ale i zakorzeniony w tych
rozważaniach uniwersalizm: „ale patrząc na drzewo / rozumie / że powrotu nie
ma”. I ta część wiersza zatytułowana „drzewo”, rodzi wkrótce owoc, w którym
widnieje niepewność, jest to owoc, który rodzi się w pewnym momencie w każdym,
gdy człowiek zaczyna zadawać sobie pytania kim tak naprawdę jest, jest też to
coś, co świadczy jednocześnie o jego człowieczeństwie. Pozostaje dylemat oraz „udoskonalanie
/ własnych rozczarowań”. A co niesie część trzecia – „angielskie wyjście”?
Jakby tego wszystkiego było mało, okazuje się, że istniejemy sobie gdzieś
wpisani w daną cywilizację, czasoprzestrzeń z jej kulturą i obyczajem, co
jednak nie niesie pociechy, a pojawiające się rozwiązania są tylko pozorne. Czy
to u Shakespeare’a, czy poza nim, jesteśmy tylko niewolnikami.
W „Nekrologu” znajduję natomiast słowa,
które stanowić mogą pewną identyfikację, czy określenie się: „jestem dla
siebie i z sobą w swojej inności.” Ten wiersz z kolei odsyła czytelnika do
Roberta Lowella. Na następnej stronie – niespodzianka. „Sztuka przekładu” to
sonet. Z początku nieco drażni mnie ta forma (pośród wierszy wolnych i raczej
współczesnych), ale jestem w stanie wybaczyć wiele za metaforę: „tylko
rozbierz się ze mnie jak z przemokniętego / płaszcza”; w zasadzie im dalej,
tym lepiej, a wszystko zamyka równie udana pointa: „(…) ciało w pośpiechu /
codziennie wystawiając na zbyt łatwą zdobycz / odmieniasz przez przypadki oraz
przez osoby”. To w tym wierszu trafia we mnie najbardziej - a więc nie opisowe dwie pierwsze strofy,
które choć liryczne, to jednak wydają mi się „już znane, gdzieś czytane…”, pod
koniec autor częstuje czymś, co cieszy. To niewielkie „odstępstwo” od normy
formalnej wierszy, jakim jest „Sztuka przekładu”, szybko się jednak kończy,
następne wiersze znów przybierają formę bardziej współczesną: „Strach”, „Ćmy”,
„Telefon do przyjaciela”, „Pan cogito i życie po śmierci”. Z tych trzech chyba
najbardziej polubiłam „Strach”, za jego swojskość, za coś co nie jest próbą
przezwyciężenia, czy usidlenia strachu, a raczej codziennym z nim obcowaniem,
pokazaniem, że podmiot liryczny i jego strach potrafią się dogadać, co więcej –
strach potrafi być wierny jak pies, nie odstępując nogi swojego pana. Bo mimo
wszystko, to człowiek jest tutaj panem: „beze mnie nie istnieje / myślę że
właśnie dlatego / zawsze wraca”.
Tomik zamyka kolejna tradycyjna forma
wiersza. Dwudziestosześciostrofowy „Duchowy podróżnik”, odsyłający czytelnika
do Williama Blake’a, to takie wyzwanie dla czytelnika, jakby autor chciał
sprawdzić na ile jesteśmy wytrwali, aby przejść przez tę pieśń niewinności i
doświadczenia, czy może raczej mit lub legendę. Znajdziemy w nim bowiem
bogactwo tropów i tylko granice wyobraźni będą stanowiły dla niej limit, a
obręb naszego postrzegania niczym brzeg jeziora pozwoli łowić spod lodu poezję
dla siebie.

Z poezją Roberta Rutkowskiego miałam przyjemność zetknąć się po raz pierwszy na początku lat dwutysięcznych, słuchając w Radiu Łódź audycji, w której autor - wraz z innym łódzkim poetą, którego nazwiska nie pamiętam - czytał swoje wiersze. Moją uwagę przykuł wtedy niezwykły nastrój panujący w tej poezji (szczególnie w utworze o hiszpańskim tytule, oznaczającym "Oddaloną"). Wiele lat później odnalazłam blog Autora, natomiast, wstyd się przyznać, nie sięgnęłam dotąd nigdy do jego tomików. Twoja, świetna, z wyczuciem, erudycją i "personal touch" napisana, recenzja będzie dla mnie kolejnym powodem, by to wreszcie uczynić. Pozdrawiam! :)
OdpowiedzUsuń