czwartek, 17 maja 2012

Z cyklu: Lekturki - "Bez imienia"

Wracam do lektury tomiku Sławomira Płatka wydanego w serii Salonu Literackiego po roku, w zasadzie z przyjemnością, ale też nie bez ciekawości, jakie wrażenie po pewnym czasie od pierwszej lektury wywołają wiersze z „Bez imienia”. W kolejnych trzech częściach jest ich odpowiednio: 16, 13 i 12. Za projekt okładki i oprawę graficzną odpowiada Karolina Zieleniec, zaś zdjęcie na przedniej okładce jest autorstwa Doroty Ryst. To, moim zdaniem, jedna z bardziej udanych opraw graficznych tej serii. Ciekawie prezentuje się również nota o Sławomirze Płatku, pisana w pierwszej osobie, a nie w trzeciej. Już sam ten fakt sprawia, że postać autora wydaje się „przemawiać” w bezpośredni sposób do czytelnika, nie tworząc dystansu poeta – naród (albo poeta – i reszta świata).

„Bez imienia” otwiera część nazwana Aleksandria. Zastanawiało mnie dlaczego fragment poświęcony kawałkowi polskiej „historii” (a raczej historiom kilku osób z kraju nad Wisłą), nosi taki egzotyczny tytuł. Tutaj możliwości jest kilka. Pierwsza taka, że Sławomir Płatek celowo na przekór Arkadię przezwał sobie Aleksandrią (a autor lubi robić na przekór, co dobitniej udowadnia chociażby w kolejnej części). Po drugie, Aleksandria przywodzi mi na myśl bibliotekę – może historie spisane w tej części to właśnie takowa „biblioteka” autora, oczywiście metaforyczna. To kulturalne serce Egiptu, może więc uwrażliwienie autora ma swoje korzenie w tym, o czym możemy w niej przeczytać, stanowi zbiór tego z czego wyrasta jego ja liryczne. I jak mówią Anglicy – last but not least – może Aleksandria pochodzi od jakiejś Aleksandry? Ale to jedynie autor mógłby wyjaśnić.

„Aleksandria” przenosi mnie w inne miejsce i czas, okres dzieciństwa, którego protagoniście wierszy trochę żal, co samo w sobie osobliwe nie jest, ale autor czyni to z wdziękiem, przekaz bowiem jest prosty, ale jednocześnie błyskotliwy. Tutaj wykorzystuje swój potencjał „techniczny” do krojenia wiersza i za pomocą powtórzeń konsekwentnie zmierza ku poincie: „puszczaliśmy w dół wierzbowe stateczki i z dołu / przypływały pstrągi.”, „jednak pewnego roku wydorośleliśmy / a pstrągi nie przypłynęły. / pewnie dlatego / że przestaliśmy puszczać te stateczki.” Podobnie jest w kolejnym wierszu „gęś”, który znałam jeszcze zanim sięgnęłam po „Bez imienia”, a który bardzo mi się kiedyś spodobał (czytałam go w wyborze wierszy „Tam gdzie płaczą skały”, wydanym w Piwnicznej Zdroju jako pokłosie VII Międzynarodowego Konkursu „Sen o Karpatach”). I tutaj też pojawia się swojski obrazek – czytając, że podmiot liryczny lubił „rosół i smalec”, mam ochotę mu powiedzieć „ja też”. Powoli przenikam w świat przedstawiony przez autora, czasem nawet uśmiechając się na to jego „chcę i nie chcę” w tym wierszu (dosyć mocno zaakcentowane „ja” sprawia, że utożsamiam podmiot z autorem). Wiersz „okruchy z weselnego stołu” zaczyna się jak wyliczanka: „wąwóz. szpaki na czereśni. czereśnie w ostach. osty pod leszczynami. leszczyny w malinach. mięta i dziurawiec. rydze (…)” Przy tak miłym wstępie jakim były dwa pierwsze wiersze, zaczynam odczuwać niepokój i rozczarowanie, w myślach zadaję sobie niezbyt ładne pytanie retoryczne, którego nie wypada mi tu zacytować. A jednak jest szaleństwo w tej metodzie. Sławomir Płatek udowadnia, że wiersz z pojawiającym się leitmotivem „polskiego atlasu roślinnego”, skądinąd ostatnio modnym, będącym – jak odnoszę wrażenie - nieodłącznym i często jednym z ulubionych tropów niejednego poety czy poetki, tutaj służy jedynie do tego, aby tekst „rozkręcić”. Rozkręca się więc autor i wśród „okruchów” pojawiają się wnet „gruba druhna i chudy miastowy”, swojski zapach siana i oranżady. Automatycznie zaczyna mi się ten klimat kojarzyć z wiejskim weselem, jakie pamiętam z polskich filmów takich jak „Kogel mogel”, czy „Nie ma mocnych”, albo z atmosferą festynów organizowanych przez lokalny odział straży pożarnej. Jest klimat, jest impreza. Pod tym względem autor odrobił zadanie na piątkę z plusem. Mogę nawet powiedzieć, parafrazując najnowsze ulubione słówko Polaków, że jest bardziej niż „spoko”.

Jednakże ten pociąg ku „roślinności w poezji” momentami mnie męczy (nie chwalić dnia przed zachodem słońca bywa całkiem sensowe). Na szczęście nie za często i nie za gęsto nasadził autor tych chwastów. Trawy, zboża – tak, jednak przy pasternaku, mięcie, estragonie moje zmysły przestają odbierać obrazy, taka metaforyka, jej napastliwość wręcz, irytuje mnie w wierszach. Środek ciężkości ze znaczenia przeskakuje mi na poszczególne wyrazy i nie potrafię docenić takiego wiersza choćbym chciała. Na szczęście jest o wiele ważniejszych spraw niż estragony i pasternaki, by o nich mówić, aby poprzestawać tylko na zielnikach, zatem autor nie zagłębiając się zbytnio w gąszczu przypraw i zielska, przechodzi do kolejnych istotnych spraw.

Chyba drugą (po gęsi) postacią wzbudzającą moją sympatię jest „Zelek” z wiersza „Zelek i archanioły”. To taki niepoprawne stworzenie, bo nie dość, że jest niepraktykującym świadkiem Jehowy, to jeszcze zadaje się z księdzem. Na dodatek sam ksiądz pozostaje podejrzany – bo o ile wydaje się poczciwym człowiekiem, jego przekonania niekoniecznie mogłyby się spodobać jego przełożonym. Kto to widział takie rzeczy? Bóg jednak kocha takich wariatów. I tutaj nastąpić musi kolejna pochwała autora, dla której wyjaśnienia przybliżam treść wiersza. Sławomir Płatek nie dzieli świata na lepszy i gorszy, mniej bądź bardziej poprawny. Nie moralizuje, nie bawi się w kaznodzieję. Wiersz o Zelku pokazuje, że dostrzega on różne gamy szarości, przenikalność światów, które choć skrajnie obce, to jednak potrafią się spotkać na pewnym poziomie porozumienia i zrozumienia, a może nawet nie pytając, nie wymagając tego zrozumienia, tylko sobie żyjąc obok siebie. I to jest piękne.

„Osobisty I”, jak zwiastuje tytuł to wiersz w zasadzie konfesyjny, powracający pamięcią do „czasów elektro pop”, kiedy to „ubikacje były używane do celów zgodnych z przeznaczeniem”. Ale to nie tylko wiersz o pierwszych, nastoletnich wypadach na disco, gdzie można było spotkać lokalne miss. To tylko pretekst, by powiedzieć o czymś ważniejszym. Podmiot liryczny ujawnia tutaj swój kompleks, niejako spowiadając się z niego: „Zawsze chciałem być trochę taki jak ty”, „nie udało się. wciąż nie umiem tańczyć tak / że mdleją dziewczęta.” Jednak pointa przynosi gorzką refleksję, ponownie czarne nie jest tylko czarnym, a białe – białym.

W „Aleksandrii”, oprócz akcentów osobistych, rodzinnych, natknąć się można również na wiersze oscylujące tematycznie wokół małej ojczyzny (jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi). Ten lokalny głos pojawiający się w wierszach sprawia, że jeszcze lepiej można wyobrazić sobie miejsca wspominane przez autora. Z resztą tytuł jednego z „aleksandryjskich” wierszy posłużył za tytuł tomiku, co również świadczy o istocie tożsamości: „i jak ta ziemia osierocona bez imienia bo cóż to za imię / „obok kaszub”. dom po niemcach grunty po reformie.” Zarówno w wierszach dotyczących ludzi, jak i miejsc, pojawia się odniesienie do przemijalności i nieuchronności przemijania. Krótkotrwałe momenty jak kwitnące paprocie, a obok cmentarze, strażnicy światów żywych i umarłych. To dobrze, że autor w żaden sposób nie wydaje mi się nachalny w przedstawianych historiach, choć są one kompletne. Dzięki temu mogą się swobodnie przeplatać, nie odczuwam żadną z nich znużenia.

Tak jest też z poruszoną kwestią Boga, wiary, religijności. Choć wydający się być jedynie wspominanym tu i ówdzie („ty jesteś innej wiary (…) więc nie mogę za ciebie wyjść” z wiersza „mięta i dziurawiec”), trop ten kończy część „Aleksandria”, gdzie bez postawienia pytania autor wydaje się pytać: „ czasem wydaje mi się że wiem dlaczego / Bóg nie odpowiada na modlitwy”, gdy czytam ten fragment: „(…) dlaczego / Bóg nie odpowiada na modlitwy”. A może to śmiała hipoteza: „Bóg nie odpowiada na modlitwy”. Duże tutaj pole manewru do interpretacji pozostawione zostało czytelnikowi. To dobry sposób, aby zachęcić też do sięgnięcia po kolejne wiersze w następnej części i być może – odnalezienia odpowiedzi na te pytanie, potwierdzenia bądź obalenia hipotezy.

Czy ta poezja coś odkrywa? Na pewno nie wejdzie na barykady, nie wywoła rewolucji. To nie jest typ poezji, który „pcha się” przed szereg, nie wywróci języka poetyckiego na drugą stronę. Zresztą autor wydaje się to dostrzegać: „umierał paskudnie jak u tetmajera czy reymonta (…) nie ma o czym gadać wszystko już napisano. nic nowego / pod słońcem śmierci i książki powtarzają się”. Przecież wszystko już było. Zostaje znalezienie złotego środka na to wszystko.

O czym więc należy mówić i w jaki sposób? Wydaje mi się po lekturze pierwszej części „Bez imienia”, że zawsze pozostanie do napisania to co w nas, niepowtarzalnych przecież, w końcu tylko raz „mamy po piętnaście lat” jak pisze autor w wierszu„mięta i dziurawiec”, „to za wcześnie na koniec wakacji”. Żyjemy w przeświadczeniu, że wszystko jeszcze zdążymy zrobić (ile razy się na tym łapię!), jak w wierszu „spóźniony”: „jeszcze wszystko w życiu zdążymy”. Nie zdążamy jednak, pozostaje nam więc żyć marzeniami i nadzieją, które jak wierzymy – kiedyś muszą się spełnić.

„Przerywnik z punktu A do punktu B”, to kolejna część tomiku, która pod względem ilości stron rzeczywiście robi wrażenie „przerywnika”. Nie byłam pewna czy też ku takim celom zdecydowano się umieszczać po dwa wiersze na jednej stronie, czego w „Aleksandrii” nie można uświadczyć. Ale wydaje się, że nie ma się czym martwić. Czytam: „po prostu niektóre tytuły mogą mieć dwa wiersze” („jeszcze raz”), „indywidualizm / jest anomalią zaburzeniem chorobą” („ten wiersz mógłby być prozą”). I godzę się wobec tych słów na zamysł autora, bo jest on sprytny w tym co robi, a co więcej – ma tu całkowitą rację, choć oczywiście można się spierać, czy taka manifestacja jest potrzebna, czy jest w ogóle ważna, po co to wszystko? Jednak w tym przypadku mam wrażenie, że tak po prostu ma być, wyszło to naturalnie, więc czemu nie.

„Przerywnik…” czyta mi się szybko, jakby tempo wierszy rzeczywiście było inne. Ale mimo to, nie ślizgam się jedynie po powierzchni. Zostaje mi w pamięci filozofia autora, jego umiejętność zadziwienia się zwykłą rzeczą, ale przede wszystkim wiersz „jeszcze raz”, nieco bardziej intelektualny, odwołujący się do historii i religii (niejednej), ale nie przeintelektualizowany, choć daje się po nim poznać błysk inteligencji, bez zbędnego jednakże „popisywania się” zasobem wiadomości. To też jeden z tych elementów, które sprawiają, że wierzę tym wierszom. Co ciekawe to szybkie przejście przez „przerywnik”, sama jego nazwa, zdawałyby się sugerować swoją małą wartość, przecież są tylko antraktem pomiędzy jedną i drugą ważniejszą sceną tego przedstawienia, ale czy tak jest rzeczywiście? Gdzieś pomiędzy scenami z pociągu, który przejeżdża przez Grybów i obrazem „człowieka w rzepaku”, przewijają się ważne słowa na temat twórczości autora: „może ja chcę za głęboko (…) a potem uznają / że byłem / jakąś melodią ludową”. Nie ma może w tym czegoś, co ponownie miałoby zmienić rozumienie poezji, czy tworzenia, ale w tych osobistych przemyśleniach można odnaleźć uniwersum.

„Zdrowa tkanka” zdaje się powracać do ładu znanego z „Aleksandrii”, znów każdy wiersz znajduje się na osobnej stronicy. Otwiera tę część wiersz „osobisty II”, dedykowany „Markowi”. Czytam go i nachodzi mnie refleksja o tym, że rzeczy ulegają zmianie: „już nie jesteś księgą a ja nie jestem / brakującą historią”. Wydawać by się mogło, że to zmiana na lepsze, bo podmiot czuje się „uzupełniony” o pewne braki. Ale czy jednak? Jakiś smutek z tego wynika i nostalgia za dawnymi czasami. „może to kryzys literatury”, mówi podmiot, ale czuję po kościach, że sam w to nie bardzo wierzy. Niemniej, to doskonała wymówka. Takie wytłumaczenie ciężko odrzucić, przecież tak lubimy powtarzać, że jest coraz gorzej, a kiedyś to było… zupełnie, zupełnie inaczej. Co należy rozumieć, że było lepiej.

„Czyta mi się” też wiersz „przedpokój”, nie wiem czy to sprawa umiejętności autora, czy może przedstawionej sytuacji, ale go odczuwam. I ten melancholijny nastrój, który mi się udzielił, zmącony zostaje wierszami „o piekle po latach” oraz „promieniowanie”. Tutaj autor nie przebiera w słowach, nie „cacka się” z czytelnikiem, aby nie zrobić mu krzywdy: „pamiętam kiedyś zastanawiałem się / jak to jest biec / prosto na włócznie falangi”. Nie można uciec sile tej pointy, trzeba się z nią zmierzyć, co sprawia, że poezja ta staje się wobec czytelnika wymagająca. I jednak bardziej do mnie trafia niż wiersz „weronika. zofia. lub magdalena” (Vicky Christina Barcelona? – nie potrafię się oprzeć temu skojarzeniu), czy też „rubato”. Właściwie w „rubato” czuję jakieś „przeładowanie materią” i ten wiersz nie potrafi we mnie pozostać.

Podoba mi się za to obraz w wierszu „ichtys”, mam go ochotę nazwać „bułhakowskim” ze względu na łączenie ze sobą nowotestamentowej historii i scen przeniesionych ze współczesności. Wszystko to bardzo ładnie spięte klamrą, jak można było podobnie zauważyć w wierszu rozpoczynającym tomik. Jednak chyba najciekawszy okazuje się wiersz „zdrowa tkanka”, który nadał tytuł tej części tomiku. „Boże jestem tu / z odciętymi rękami nogami / wyłupionymi oczami / czekam / boję się” – czy naprawdę musieli by nas okaleczyć w tak straszny sposób, aby zostało w nas tylko to, co zdrowe? Czy nie ma dla nas ratunku? Gdzie zaszliśmy?

Tomik zamyka wiersz „osobisty III”, co także podkreśla dedykacja „Waldkowi”. Niewiele tu powiedziane wprost. W zasadzie należy się domyślać kim jest osoba, do której zwraca się podmiot – mężczyzną na łożu śmierci? Tym facetem z wiersza „osobisty I”, a może to już całkiem inna historia?

„Bez imienia”, to ciekawy tomik, efektowny w swojej wymowie, czasem sile wyrazu, ale nie efekciarski. Autor nie poszedł w nim na skróty. Jak oceniam debiut Sławomira Płatka? Można powiedzieć – nic takiego, ot kilka ludzkich historii, kilka wspomnień… Nie lubię jednak, gdy łapie się mnie na piękne słówka, z których wynika tylko to, że są piękne. „Bez imienia” przekonuje mnie swoją autentycznością i daje powód, by do niego wrócić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zobacz także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...