Weronika Stępkowska "rozszczepienie języka obcego"
„Rozszczepienie języka obcego” to debiutancki tomik Weroniki
Stępkowskiej, który ukazał się ostatnio nakładem krakowskiego wydanictwa
Miniatura. Otrzymał on oprawę charakterystyczną dla książek tego wydawcy – na
okładce oprawionej w materiał widzimy podłużną naklejkę z obrazem Louisa
Weldena Hawkinsa (1849 – 1910). W środku tomiku znajdziemy więcej prac malarza
(7).
Z początku zaskakuje mnie ten wybór. Klasyczne dzieła wydają się dalekie
od utworów, których autorka w nowoczesny sposób bawi się językiem „rozszczepiając
go”, wtrącając anglicyzmy, obcojęzyczne
tytuły, cytaty i sentencje. Formalnie te teksty to zabawa słowem, wydobywanie
nowej treści z wyrazów, ich spojeń, przeciwstawień, swoiste „głosolalia” jak
nazwie je w „invalid identity” (czy autorska czytała „Glossolalia” Katarzyny
Felińskiej?). Gdzie więc w tej zabawie w słowotwórstwo miejsce na symboliczną
twórczość Waldena czerpiącego z dzieł prerafaelitów? Skąd taki wybór? Jego
obrazy w swojej formie więcej mają z klasyki niż z eksperymentu. Czytam notkę
biograficzną autorki i dowiaduję się, że studiuje kulturoznawstwo. Może klucz
do zagadki tkwi w zainteresowaniach kulturowych autorki, a może tworzyć mają
one wraz z wierszami spójny obraz uzyskany na zasadzie kontrastu? Odpowiedź na
to pytanie uzyskamy tylko przez lekturę wierszy.
Tomik składa się z 57 utworów, raczej niezbyt długich, zapełniających
zwykle pół strony. Widać, że Weronika Stępkowska nie należy do autorów, którzy
pod wpływem impulsu wypluwają z siebie nieograniczone ilości tekstu zapełniając
kolejne stronice. Tutaj wszystko jest ułożone, wszystko ma swoje miejsce.
Autorka polegać musi na znaczeniu słowa chcąc uzyskać zamierzony efekt, nie
stawia na ich ilość. „Rozszczepienie...” otwiera cytat z Ulisesa Drago
(„Babel”): „język ojczysty: nie ma czegoś takiego. Rodzimy się w nieznanym
języku. Reszta to powolne tłumaczenie.” Tym samym już na początku autorka
wyraźnie przedstawia swój punkt widzenia, który niejako wyjaśnia wybór dla
tytułu zbioru (co ciekawe taką nazwę ma również jej blog). Z tego jednak powodu
ciężko mi o inną niż subiektywną ocenę, ponieważ nie odnajduję się w poezji
lingwistycznej, z jednej stron stanowi ona dla mnie zagadkę logiczną (co jest
jej plusem), z drugiej strony podchodzę do niej niezwykle podejrzliwie,
przedkładając zawsze prostotę przekazu nad eksperyment literacki. Czasem cienka
jest granica pomiędzy udanym poszukiwaniem nowych rozwiązań językowych, a
popadnięciem w przesadę i hermetyczność przekazu, który sprawia, że tylko sam
autor wie, co miał na myśli. Weronika Stępkowska nie przesadza jednak z ilością
środków. One jedynie uzupełniają się nawzajem. Nie ma tutaj rewolucji
językowej, na to się nie porywa.
W wierszu otwierającym tomik: „co mnie kształtowało. otoczak”, podmiot
liryczny porównuje swój byt do kamienia rzecznego. Jest jednym z milionów
takich kamieni jakie istnieją, ale chce nam o sobie opowiedzieć. Nabiera głosu,
aby mówić. Ciekawy jest motyw pojawiających się w utworze (jak i w następnych)
chorób: marskość wątroby, wycięcie migdałków, przewlekły nieżyt, refluksy,
„stwierdzenie rozsiane” (z wiersza „kompozycja rozproszona”), paroksyzm...
bardziej i mniej poważne schorzenia. Śmiertelne lub tylko dokuczliwe, ale
wszystkie jednakowo nieustająco trapiące bohaterów wierszy. Rodzimy się i
jesteśmy jak kamienie rzeczne, które kształtują doświadczenia życiowe,
nierzadko bolesne. Co więcej, egzystencja opiera się nie tylko na empirii bólu
– jest ona samotnością znajdującą się pomiędzy „dwoma samotnościami
absolutnymi/ płodu i Boga”. Nawet współodczuwanie nie przynosi ulgi – gdy
zaczyna pojawiać się świadomość tworzenia klatki, nie potrafimy znaleźć
ratunku. Nie istnieje wyjście awaryjne, czy metoda. Pomoc nie nadejdzie: „(...)
to wyżebrane żebro/ zabije i mnie”. Mimo wszystko bohater(ka?) (a właściwie
jedno i drugie) wierszy szuka jakiegoś remedium: „na obolałe serce/ losuję
okład/ ze śliny”. W gruncie rzeczy okazuje się, że to lekarstwo zabija:
„zawiera molekuły podejrzeń”. Ulgę mogą przynieść wspomnienia („***” - „Byłaś
mi wtedy obca...”), ale czy dostarczą jej na długo? Wszak wakacje, „próżnia
szkolnych holi” i ta dziewczęca, niewinna „plisowana harmonia Wszechświata”
przeminęły, dorosły. Ucieczka w dzieciństwo jest ucieczką pozorną, chwilowym
azylem. Innym sposobem na przetrwanie wydawać się może poddanie się rzeczywistości
i to tej cielesnej („szatańskie wersety”). Autorka podkreśla seksualny aspekt
poznania i doznań. Erotyka może dawać poczucie bezpieczeństwa, które jest
ułudą. I taką ją przedstawia. To co chwilowe – wspomnienie, zbliżenia nie mogą
nikogo ocalić. „Pieść wytrwale”, „omijaj pointę” - takie porady zaskakują, ale
demaskują też słabość podmiotu lirycznego. Czytelnik wie, co one znaczą. Do
pointy trzeba przecież zmierzać. Taka jest kolej rzeczy i nie da się od niej
uciec, czy schować. Nawet gdy zamkniemy się w sobie, ona nas dopadnie. Wie to
również autorka. W wierszu „pointylizm” nie bez kozery napisze przecież:
„miejsce twojej śmierci/ oznaczono krzyżykiem”.
Jedną z form ucieczek jest również
nieumiarkowanie w jedzeniu: „poprzednią dobę/ jadłam samą czekoladę/ w dołku
mnie ściska...”). Ale i tutaj ulga przychodzi tylko na moment, za to spadają na
bohaterkę przykre konsekwencje tej „uczty”. A przecież ostrzegano ją
(„trójjedność”) przed tym! Na własne życzenie znosi niepewność. Ona chce mu
zagrać i „wygruchać” („postkata/stroficzna kawiarnia”), a on na to
„odgrzechocze” niczym grzechotnik i odejdzie podając kiepską wymówkę („już
późno”).
Później pojawia się czułość - usypianie, budzenie – wyrażona w
„łyżeczkach”, „rozmotylaniu”, „babim lecie”. Dwa przyjemne obrazki, które
podmiot liryczny wyczarowuje dla bliskiej mu osoby. Ale jak długo może trwać
owo urzeczenie i fascynacja? W końcu przecież przejrzą na oczy („pięć x dwa”):
„obudzę cię przekornie do zabijania”, „rozpętamy drugą wojnę światową”.
Zaklinanie powraca też w wierszu „kolaż”: „od-czekaj, od-uciekaj/ chodź do
mnie, chodź tu...”), co świadczy skazaniu bohatera na przeplatanie się
skrajnych emocji: czułości, bliskości, śmierci i samotności. W „rosyjskiej
ruletce” pyta on: „Kto się śmieje ostatni?” i choć sam nie udziela
odpowiedzi dobrze znamy to powiedzenie i wiemy, że liczy na zwycięstwo. Potrafi
też na chłodno ocenić sytuację: „jestem duszną epoką/ w której dział się twój
epos”. Do oddania tego wszystkiego służy poezja, która „nie ma w sobie nic z fair
play”, ale za to „bywa bumerangiem/ czyjejś napiętej twarzy”.
Dziwić mogą klasyczne formy wierszy („pasjans”, czarnoksięgowość areałów.
praarealność”, ”kolaż”, „Seasons of the Sea”, „niebo-leśnie”, „springs”,
„czasobek”, „Nevermint”, „cukiernia słońca”, „światłoszepty”), które wydają się
nie pasować do słowotwórczych eksperymentów, które stanowią ważny punkt w
pozostałych wierszach. Ale i w tych bardziej klasycznych formach można
zaobserwować zabawę słowem i znaczeniem tak jak w wierszu „pasjans”:
„czy faktycznie cię wtedy spotkałam
tak na niby na poły na żarty –
dość że poły udało się szala (…)”
lub w utworze
„springs”:
„czy możesz mnie teraz na dobre wysłowić
słowiczym złowieszczym zwyczajem?”
czy może nawet dając
się porwać fantazji w „niebo-leśnie”:
„chmury są fioletowe,
fioletowe jak fioły w głowie (…)”
który to wiersz
na krótko (bo na cztery wersy), wydaje się wyciągać czytelnika w inny świat –
świat marzeń, „fiołów w głowie”, szaleństw i beztroski.
W „imionach” pojawia się postać wymyślona przez autorkę – Lady Syzyf. Stworzona
na wzór Lady Lazarus Sylwii Plath. Postać z wiersza Plath łączy z mitem o
Syzyfie określając ją jako postać obciążoną chorobą, „wiecznym borderline’m”
(tutaj błąd, bo pisownia nie powinna zawierać apostrofu). Pojawiają się jeszcze
Stella Maris i Minea Kretenka (nie kretynka!).
I co robi podmiot liryczny pod tymi trzema postaciami? Tańczy sobie
bezkarnie, wykorzystując nieobecność nie istniejącego Boga. Sylwia Plath zawita
jeszcze raz w wierszu „Umieranie jest sztuką tak jak wszystko inne”, stając się
inspiracją artystyczną. Choć czułość i liryka przebijająca z wierszy bardziej
przywodzi mi na myśl poezję Poświatowskiej („chcę pisać/na skórze nocy”).
Gdy nie istnieje już żadna szansa na ratunek, można zrobić tylko jedno –
postawić na to co było u źródła. A na samym początku była biała karta, tabula
rasa – „rodzimy się w nieznanym języku”. Może wystarczy znaleźć się „w punkcie
czyszczenia/ pamięci”? (*** „przyszpil mnie do kartki…”). A może należy
rozmawiać? („epikryza”) – „Rozmawiać. O tym, co chcemy/ powiedzieć lub nie.”,
„Nauczyć się na pamięć/ trudnej sztuki zapominania”. Jedynym ratunkiem jest
zatem wyresetowanie pamięci. Całkowite odcięcie się od przeszłości jak u Anny
Janko: „- Zrobisz to znowu po raz pierwszy”.
„Rozszczepienie języka obcego” to tomik ciekawy, nie nowatorski, ale jest
dziełem autorki, która wie czego chce i konsekwentnie podąża obraną drogą.
Zastanawiam się czy zrezygnuje z form rymowanych, czy zdecyduje się przy nich
pozostać (choć wolę ją w wierszu wolnym), w którą stronę się rozwinie. Zobaczymy.
![]() |
Wydawca: WYDAWNICTWO MINIATURA Data premiery: 2013-07-30 ISBN: 9788376065373 |
![]() | |||||||
| A oto jedna z prac Louisa Weldenaa Hawkinsa (celowo wybrałam taką, której nie znajdziecie w "rozszczepieniu...", więcej obrazów artysty w tomiku) |


no no elegancko :)
OdpowiedzUsuń"Z tego jednak powodu ciężko mi o inną niż subiektywną ocenę"
OdpowiedzUsuńA potrafisz cokolwiek ocenić obiektywnie? :) Uważam, że to niemożliwe.
Trochę dziwnie czytało mi się zbiorczą analizę tomiku, która jednocześnie jest analizą autora.