piątek, 16 sierpnia 2013

Z cyklu: Lekturki – “rozszczepienie języka obcego”




 Weronika Stępkowska "rozszczepienie języka obcego"


„Rozszczepienie języka obcego” to debiutancki tomik Weroniki Stępkowskiej, który ukazał się ostatnio nakładem krakowskiego wydanictwa Miniatura. Otrzymał on oprawę charakterystyczną dla książek tego wydawcy – na okładce oprawionej w materiał widzimy podłużną naklejkę z obrazem Louisa Weldena Hawkinsa (1849 – 1910). W środku tomiku znajdziemy więcej prac malarza (7).
Z początku zaskakuje mnie ten wybór. Klasyczne dzieła wydają się dalekie od utworów, których autorka w nowoczesny sposób bawi się językiem „rozszczepiając go”, wtrącając   anglicyzmy, obcojęzyczne tytuły, cytaty i sentencje. Formalnie te teksty to zabawa słowem, wydobywanie nowej treści z wyrazów, ich spojeń, przeciwstawień, swoiste „głosolalia” jak nazwie je w „invalid identity” (czy autorska czytała „Glossolalia” Katarzyny Felińskiej?). Gdzie więc w tej zabawie w słowotwórstwo miejsce na symboliczną twórczość Waldena czerpiącego z dzieł prerafaelitów? Skąd taki wybór? Jego obrazy w swojej formie więcej mają z klasyki niż z eksperymentu. Czytam notkę biograficzną autorki i dowiaduję się, że studiuje kulturoznawstwo. Może klucz do zagadki tkwi w zainteresowaniach kulturowych autorki, a może tworzyć mają one wraz z wierszami spójny obraz uzyskany na zasadzie kontrastu? Odpowiedź na to pytanie uzyskamy tylko przez lekturę wierszy.
Tomik składa się z 57 utworów, raczej niezbyt długich, zapełniających zwykle pół strony. Widać, że Weronika Stępkowska nie należy do autorów, którzy pod wpływem impulsu wypluwają z siebie nieograniczone ilości tekstu zapełniając kolejne stronice. Tutaj wszystko jest ułożone, wszystko ma swoje miejsce. Autorka polegać musi na znaczeniu słowa chcąc uzyskać zamierzony efekt, nie stawia na ich ilość. „Rozszczepienie...” otwiera cytat z Ulisesa Drago („Babel”): „język ojczysty: nie ma czegoś takiego. Rodzimy się w nieznanym języku. Reszta to powolne tłumaczenie.” Tym samym już na początku autorka wyraźnie przedstawia swój punkt widzenia, który niejako wyjaśnia wybór dla tytułu zbioru (co ciekawe taką nazwę ma również jej blog). Z tego jednak powodu ciężko mi o inną niż subiektywną ocenę, ponieważ nie odnajduję się w poezji lingwistycznej, z jednej stron stanowi ona dla mnie zagadkę logiczną (co jest jej plusem), z drugiej strony podchodzę do niej niezwykle podejrzliwie, przedkładając zawsze prostotę przekazu nad eksperyment literacki. Czasem cienka jest granica pomiędzy udanym poszukiwaniem nowych rozwiązań językowych, a popadnięciem w przesadę i hermetyczność przekazu, który sprawia, że tylko sam autor wie, co miał na myśli. Weronika Stępkowska nie przesadza jednak z ilością środków. One jedynie uzupełniają się nawzajem. Nie ma tutaj rewolucji językowej, na to się nie porywa.
W wierszu otwierającym tomik: „co mnie kształtowało. otoczak”, podmiot liryczny porównuje swój byt do kamienia rzecznego. Jest jednym z milionów takich kamieni jakie istnieją, ale chce nam o sobie opowiedzieć. Nabiera głosu, aby mówić. Ciekawy jest motyw pojawiających się w utworze (jak i w następnych) chorób: marskość wątroby, wycięcie migdałków, przewlekły nieżyt, refluksy, „stwierdzenie rozsiane” (z wiersza „kompozycja rozproszona”), paroksyzm... bardziej i mniej poważne schorzenia. Śmiertelne lub tylko dokuczliwe, ale wszystkie jednakowo nieustająco trapiące bohaterów wierszy. Rodzimy się i jesteśmy jak kamienie rzeczne, które kształtują doświadczenia życiowe, nierzadko bolesne. Co więcej, egzystencja opiera się nie tylko na empirii bólu – jest ona samotnością znajdującą się pomiędzy „dwoma samotnościami absolutnymi/ płodu i Boga”. Nawet współodczuwanie nie przynosi ulgi – gdy zaczyna pojawiać się świadomość tworzenia klatki, nie potrafimy znaleźć ratunku. Nie istnieje wyjście awaryjne, czy metoda. Pomoc nie nadejdzie: „(...) to wyżebrane żebro/ zabije i mnie”. Mimo wszystko bohater(ka?) (a właściwie jedno i drugie) wierszy szuka jakiegoś remedium: „na obolałe serce/ losuję okład/ ze śliny”. W gruncie rzeczy okazuje się, że to lekarstwo zabija: „zawiera molekuły podejrzeń”. Ulgę mogą przynieść wspomnienia („***” - „Byłaś mi wtedy obca...”), ale czy dostarczą jej na długo? Wszak wakacje, „próżnia szkolnych holi” i ta dziewczęca, niewinna „plisowana harmonia Wszechświata” przeminęły, dorosły. Ucieczka w dzieciństwo jest ucieczką pozorną, chwilowym azylem. Innym sposobem na przetrwanie wydawać się może poddanie się rzeczywistości i to tej cielesnej („szatańskie wersety”). Autorka podkreśla seksualny aspekt poznania i doznań. Erotyka może dawać poczucie bezpieczeństwa, które jest ułudą. I taką ją przedstawia. To co chwilowe – wspomnienie, zbliżenia nie mogą nikogo ocalić. „Pieść wytrwale”, „omijaj pointę” - takie porady zaskakują, ale demaskują też słabość podmiotu lirycznego. Czytelnik wie, co one znaczą. Do pointy trzeba przecież zmierzać. Taka jest kolej rzeczy i nie da się od niej uciec, czy schować. Nawet gdy zamkniemy się w sobie, ona nas dopadnie. Wie to również autorka. W wierszu „pointylizm” nie bez kozery napisze przecież: „miejsce twojej śmierci/ oznaczono krzyżykiem”.
 Jedną z form ucieczek jest również nieumiarkowanie w jedzeniu: „poprzednią dobę/ jadłam samą czekoladę/ w dołku mnie ściska...”). Ale i tutaj ulga przychodzi tylko na moment, za to spadają na bohaterkę przykre konsekwencje tej „uczty”. A przecież ostrzegano ją („trójjedność”) przed tym! Na własne życzenie znosi niepewność. Ona chce mu zagrać i „wygruchać” („postkata/stroficzna kawiarnia”), a on na to „odgrzechocze” niczym grzechotnik i odejdzie podając kiepską wymówkę („już późno”).
Później pojawia się czułość - usypianie, budzenie – wyrażona w „łyżeczkach”, „rozmotylaniu”, „babim lecie”. Dwa przyjemne obrazki, które podmiot liryczny wyczarowuje dla bliskiej mu osoby. Ale jak długo może trwać owo urzeczenie i fascynacja? W końcu przecież przejrzą na oczy („pięć x dwa”): „obudzę cię przekornie do zabijania”, „rozpętamy drugą wojnę światową”. Zaklinanie powraca też w wierszu „kolaż”: „od-czekaj, od-uciekaj/ chodź do mnie, chodź tu...”), co świadczy skazaniu bohatera na przeplatanie się skrajnych emocji: czułości, bliskości, śmierci i samotności. W „rosyjskiej ruletce” pyta on: „Kto się śmieje ostatni?” i choć sam nie udziela odpowiedzi dobrze znamy to powiedzenie i wiemy, że liczy na zwycięstwo. Potrafi też na chłodno ocenić sytuację: „jestem duszną epoką/ w której dział się twój epos”. Do oddania tego wszystkiego służy poezja, która „nie ma w sobie nic z fair play”, ale za to „bywa bumerangiem/ czyjejś napiętej twarzy”.
Dziwić mogą klasyczne formy wierszy („pasjans”, czarnoksięgowość areałów. praarealność”, ”kolaż”, „Seasons of the Sea”, „niebo-leśnie”, „springs”, „czasobek”, „Nevermint”, „cukiernia słońca”, „światłoszepty”), które wydają się nie pasować do słowotwórczych eksperymentów, które stanowią ważny punkt w pozostałych wierszach. Ale i w tych bardziej klasycznych formach można zaobserwować zabawę słowem i znaczeniem tak jak w wierszu „pasjans”:
„czy faktycznie cię wtedy spotkałam
tak na niby na poły na żarty –
dość że poły udało się szala (…)”
lub w utworze „springs”:
„czy możesz mnie teraz na dobre wysłowić
słowiczym złowieszczym zwyczajem?”
czy może nawet dając się porwać fantazji w „niebo-leśnie”:
„chmury są fioletowe,
fioletowe jak fioły w głowie (…)”
który to wiersz na krótko (bo na cztery wersy), wydaje się wyciągać czytelnika w inny świat – świat marzeń, „fiołów w głowie”, szaleństw i beztroski.
W „imionach” pojawia się postać wymyślona przez autorkę – Lady Syzyf. Stworzona na wzór Lady Lazarus Sylwii Plath. Postać z wiersza Plath łączy z mitem o Syzyfie określając ją jako postać obciążoną chorobą, „wiecznym borderline’m” (tutaj błąd, bo pisownia nie powinna zawierać apostrofu). Pojawiają się jeszcze Stella Maris i Minea Kretenka (nie kretynka!).  I co robi podmiot liryczny pod tymi trzema postaciami? Tańczy sobie bezkarnie, wykorzystując nieobecność nie istniejącego Boga. Sylwia Plath zawita jeszcze raz w wierszu „Umieranie jest sztuką tak jak wszystko inne”, stając się inspiracją artystyczną. Choć czułość i liryka przebijająca z wierszy bardziej przywodzi mi na myśl poezję Poświatowskiej („chcę pisać/na skórze nocy”).
Gdy nie istnieje już żadna szansa na ratunek, można zrobić tylko jedno – postawić na to co było u źródła. A na samym początku była biała karta, tabula rasa – „rodzimy się w nieznanym języku”. Może wystarczy znaleźć się „w punkcie czyszczenia/ pamięci”? (*** „przyszpil mnie do kartki…”). A może należy rozmawiać? („epikryza”) – „Rozmawiać. O tym, co chcemy/ powiedzieć lub nie.”, „Nauczyć się na pamięć/ trudnej sztuki zapominania”. Jedynym ratunkiem jest zatem wyresetowanie pamięci. Całkowite odcięcie się od przeszłości jak u Anny Janko: „- Zrobisz to znowu po raz pierwszy”.
„Rozszczepienie języka obcego” to tomik ciekawy, nie nowatorski, ale jest dziełem autorki, która wie czego chce i konsekwentnie podąża obraną drogą. Zastanawiam się czy zrezygnuje z form rymowanych, czy zdecyduje się przy nich pozostać (choć wolę ją w wierszu wolnym), w którą stronę się rozwinie. Zobaczymy.


książkę możecie kupić tutaj: Księgarnia PRUS24


Wydawca:
WYDAWNICTWO MINIATURA

Data premiery: 2013-07-30
ISBN: 9788376065373



A oto jedna z prac Louisa Weldenaa Hawkinsa (celowo wybrałam taką, której nie znajdziecie w "rozszczepieniu...", więcej obrazów artysty w tomiku)







2 komentarze:

  1. "Z tego jednak powodu ciężko mi o inną niż subiektywną ocenę"
    A potrafisz cokolwiek ocenić obiektywnie? :) Uważam, że to niemożliwe.
    Trochę dziwnie czytało mi się zbiorczą analizę tomiku, która jednocześnie jest analizą autora.

    OdpowiedzUsuń

Zobacz także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...